weras

W tym roku dane mi było pojechać zarówno na trzeci stopień, jak i na pierwszą oazę jako animator. Nie ukrywam, było ciężko. Jednak dzięki Bożemu wsparciu było cudownie. Zacznę może od początku. W planach na tegoroczne wakacje z oazą miałam uwzględnione dwa wyjazdy - na "trójkę" oraz na inne rekolekcje oazowe, gdzie będę mogła pełnić posługę animatora. Moje początkowe założenia nie doszły do skutku całkowicie, jednak widocznie taki plan miał dla mnie Bóg w tym roku. Mogę przyznać, że dzięki tym wszystkim zawirowaniom czas rekolekcji był znacznie piękniejszy i bardziej owocny, niż się tego spodziewałam. „Trójka" nie była dla mnie łatwa. Martwiło mnie to, że oaza ma odbyć się w Szczecinie, a nie w górach, które zawsze oznaczały dla mnie większą możliwość odcięcia się od codziennego, miejskiego życia, zasięgu i również części moich zwykłych problemów. Z dnia na dzień wszystko, co wydawało mi się uporządkowane, zaczęło się walić. To znajomości, które miałam na oazie, to znów coś innego, bardzo dla mnie cennego. Jednak mimo wszystkim tym przeciwnościom, znalazłam prawdopodobnie to, czego szukałam - dzięki spotkaniom z Żywym Kościołem, jak i z każdą inną osobą - czy to uczestnikiem, czy zupełnie nieznajomym mi człowiekiem na ulicy. Praktycznie zaraz po skończeniu trzeciego stopnia, bo w cztery dni po powrocie do domu, podjęłam posługę na mojej pierwszej oazie jako animator. Zawirowania przed nią były wręcz kosmiczne. Zostałam przeniesiona z OND na ODB - pierwszy "cios". Gdy ma się już wszytko zaplanowane, pod telewizorem stoi świeca oazy, a na biurku leżą wszystkie teczki z materiałami formacyjnymi, które czekają na moment zawiązania wspólnoty, taka sytuacja to szok. A już w szczególności dla animatora, który jest, można powiedzieć, „żółtodziobem” i już sama przemiana z uczestnika w animatora jest dużym wydarzeniem. Trudno w tak szybkim czasie zmienić nastawienie, z którym zamierzało się jechać. Współpraca z dziećmi znacznie różni się od pracy z młodzieżą gimnazjalną. Bunt był wielki. Prawie każdy, kto rozmawiał ze mną przed tą oazą, słyszał ode mnie, że nie dam rady, że to bez sensu i jakiejkolwiek wartości. Gdy nastał czas rekolekcji pomyślałam sobie, że skoro tu jestem, to w jakimś konkretnym celu, bo Bóg nie działa na zasadzie przypadków. Po wszystkim dostrzegam, że Pan był w każdej osobie - w animatorze, księdzu czy w dziecku. Każdy, bez względu na charakter, zachowanie czy nawet wygląd jest wspaniałym człowiekiem oraz Dzieckiem Boga! W pamięci zapadły mi słowa kardynała Karola Wojtyły na temat piosenki roku z 1978 pt. "Zwiastunom z gór": "Ilekroć będziecie śpiewać tę piosenkę, zawołajcie mnie, a ja wam pomogę". Jestem wdzięczna Zbawcy za to, że zwrócił moją uwagę na wiele istotnych spraw, których ja dotychczas nie dostrzegałam lub zwyczajnie unikałam oraz za to, że utwierdził mnie na ścieżce, na którą zdecydowałam się z Jego pomocą wkroczyć. Za to, co zdziałał i wciąż czyni w moim sercu oraz za każdego człowieka, którego postawił na mojej drodze w te wakacje.

Chwała Panu!

Weronika, 18 lat

BBB

Pochodzę z krańców Pomorza, jednak mieszkam obecnie w Zielonej Górze. Dlaczego? Zostałam odebrana rodzicom gdy miałam 2 lata. Wiem tylko, że nie wypełniali właściwie obowiazków rodzicielskich. Nie pamiętam ich. Nic mi po nich nie zostało. Nie wiem nawet jak się nazywali. Po roku spędzonym w pogotowiu rodzinnym zostałam adoptowana. Mało co z tego pamiętam, jedynie ogromne szczęście obecnej rodziny gdy mnie poznali, w tym najważniejsze: uśmiech mamy gdy sie ze mną bawiła. Byłam szczęśliwa.
Moja rodzina jest wierząca ale chodzenie do Kościoła zawsze było pewną formą przymusu: bo tak wypada, bo jest niedziela, bo wstyd nie pójść. Musisz i tyle. Nigdy nie było to  wytłumaczone. Po prostu tak miało być i koniec. Przez to bardziej zapierałam sie przed pójściem do kościoła. Moja wiara z każdym dniem słabła, a w międzyczasie przewijało się kilka przykrych sytuacji związanych z rodziną i przyjaciółmi. Wiedziałam, że nie poradzę sobie z nimi sama. Moja psychika była krucha. Dochodziło do samookaleczeń, o czym nie chciałam nikomu mówić. Za mocno trzymałam to w sobie. Wtedy pomyślałam ze może jednak warto porozmawiać z Bogiem. Przecież nic na tym nie stracę, a jeśli mnie wysłucha, to doda mi sił. Mimo tego, nie czułam żadnej różnicy. Za bardzo się od niego oddaliłam. Wtedy zmieniłam myślenie: może jednak ktoś tutaj byłby mi w stanie pomóc? Jednak wszyscy przyjaciele odchodzili, jeden po drugim, a do rodziny nie mogłam sie zwrócić. Długo prosiłam o "osobę, która będzie juz zawsze", aby pomogła mi sie podnieść i nie zostawiła po chwili jak reszta. Przez takie osoby nawet, gdy ktoś był obok mnie, to czułam sie sama.
Po kilku miesiącach tak sie stało. Poznałam go, lecz nie było żadnych fajerwerkow jak w niektórych filmach. Po prostu trwaliśmy i wspieraliśmy się nawzajem. Z czasem zrodziło sie z tego uczucie. Pokazał mi Oazę, wstapiłam do niej. Powróciła nadzieja. Znalazłam swoje miejsce. Tłumaczył mi, że Bóg mnie kocha najbardziej na świecie, mocniej niz on sam. Zaczęłam w to wierzyć. Wtedy stwierdziłam, że Bóg wysłuchał mnie ale zgodnie z jego wolą: "dobrze ześlę ci go, ale on przyprowadzi cię do mnie". Juz nie czułam się sama. To było i nadal jest piękne.
Ostatnim elementem mojej przemiany byly rekolekcje oazowe pierwszego stopnia. Musiałam zrozumieć, że aby się zmienić muszę zaufać Bogu, przyjac go jako swojego Pana i Zbawiciela. Zaczęłam czuć jego obecność. Była ledwo odczuwalna ale stabilna. Mimo tego wciąż czegoś mi brakowało. Mimo wszystko na Namiotach Spotkania i innych zajęciach często schodzily ze mnie wszystkie negatywne emocje. Pragnęłam w końcu spokoju i  stabilizacji. Nastał dzień, w którym mieliśmy przebaczyć innym. Przebaczyłam wszystkim tylko nie jednej parze: moim rodzicom biologicznym. Nie dałam rady wtedy tego zrobić. Kolejnego dnia na poczatku Mszy poprosiłam Ducha Świętego o pomoc w tej sprawie. Ponad 20 razy powtórzyłam, że im przebaczam. Za kazdym razem coraz szczerzej. W końcu przyjelam to do swiadomosci. Poczulam wtedy ogromną ulgę i lekkość. Wszystko co meczylo mnie tyle lat zaczęło stopniowo zanikać.
Niesamowite jest to, jakie przebaczenie ma ogromną moc i jak obecność Boga w sercu zmienia człowieka. Od Oazy minęły  już prawie dwa tygodnie. Niby nic sie nie zmieniło na zewnątrz, jednak czuję ogromna lekkość i wiem, ze On mnie umacnia.

Chwała Panu!

Magda, 17 lat

droga

Piątkowa noc w sosnowym lesie. W koronach drzew szumi wczesnowiosenny wiatr. Gdzieś między konarami można dostrzec piękne, rozgwieżdżone niebo. Co jakiś czas tę naturalną harmonię zakłócają kroki samotnie wędrujących po błotnistej ścieżce ludzi. Byłem pośród nich także i ja. Sam. Chciałem poczuć się chociaż w jednym procencie tak, jak Chrystus idący na Golgotę. Odczuć ten ból i samotność, jaka towarzyszyła również i Jemu. On nie miał nikogo obok siebie skorego do pomocy. Nawet Szymon Cyrenejczyk był do niej zmuszony. Jezus szedł sam. Na śmierć. Jak to musi być zatrważające, gdy jesteś świadomy tego, że zaraz zakończy się twoje życie. I to jeszcze w ogromnych męczarniach.
Takie refleksje przychodziły mi do głowy podczas kolejnej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Każdorazowe uczestnictwo w tym duchowym i fizycznym wyzwaniu jest moim osobistym cudem. Dzięki gorliwej modlitwie do Boga za pośrednictwem różańca pokonuję swoją własną słabość, jaką jest płaskostopia i ogromny ból z nią związany, gdy pokonuję duży dystans na piechotę. Na co dzień, już po dłuższym spacerze odczuwam swoją wadę. Niemniej, gdy przychodzi czas EDK, Jezus pozwala mi pokonać długą drogę bez większych trudności. W tym roku, gdy tylko skończyłem modlitwę, poczułem, że mój umysł "tonie". Od razu odczułem zniechęcenie i lęk, bo znajdowałem się w pośrodku ciemnego i wilgotnego lasu. W tym momencie przypomniał mi się fragment Ewangelii, gdzie podczas burzy Jezus chodził po jeziorze. Gdy tylko św. Piotr zląkł się, idąc po tafli zbiornika do Chrystusa, zaczął tonąć. Odpowiedział mu wtedy Jezus: «Czemu zwątpiłeś, małej wiary?» (Mt, 14,31). Po krótkim namyśle chwyciłem za różaniec i zacząłem kolejną modlitwę. Między każdymi stacjami Drogi Krzyżowej starałem się rozmawiać z Panem tak długo, jak tylko byłem w stanie. Ta więź sprawiała, że mogłem poruszać się do przodu.
Boże. Dziękuję Ci, że pozwalasz mi pokonywać własne słabości i zabierasz mi swoje lęki poprzez rozmowę z Tobą.

 

Chwała Panu!

Wojtek, 18 lat

 

Taize Bazylea 201

Co roku, w okresie bożonarodzeniwym odbywa się Europejskie Spotkanie Młodych, które jest organizowane przez Braci z Taize. W jedno miejsce przybywa wtedy młodzież chrześcijańska z całej Europy: katolicy, luteranie, kalwiniści, zielonoświątkowcy, a nawet prawosławni. Mnogość kultur, odmiennych spostrzeżeń i języków potrawi naprawdę wprawić w zawrót głowy! Mimo różnic, tych wszystkich młodych łączą dwie rzeczy: chrzest i wiara w Jezusa Chrystusa.
W tym roku spotkanie młodych miało miejsce w Bazylei - w mieście, które jest położone w trzech różnych krajach: Francji, Niemczech i Szwajcarii. Sytuacja ta szczególnie akcentowała piękno różnorodności chrześcijan. Każdego wieczoru w jednej z wynajętych hal widowiskowych ma miejsce wspólna modlitwa. Jest ona zaplanowana w taki sposób, aby w niej podkreślić to co łączy wszystkich chrześcijan, a nie to co dzieli. Poszczególne jej fragmenty wybrzmiewały w przeróżnych językach, a piękno całego wydarzenia dopełniała niesamowita oprawa muzyczna. Pewnego wieczoru siedząc na trybunach jednej z hal natchneła mnie mysl, że mimo naszej odmienności kultorowej, historycznej i obyczajowej wszyscy zmierzamy do Niego. Mimo tych granic zarówno fizycznych jak i mentalnych, tutaj w Bazylei pomagamy sobie w codziennych rzeczach spoglądając na innych właśnie przez tą Boską miłość. Ta prostota serwowana przez Braci z Taize ukazuje piękno i zarazem prostotę miłości oraz wzajemnego braterstwa jakiej uczy Jezus w Ewangelii.
Braterstwo i prostota miłości podczas Taize objawia się w zarówno małych jak i w wielkich rzeczach. W małych jak np. codzienny wolonariat podczas wydawania posiłków lub organizacji modlitw oraz duzych jak przyjęcie młodych do swoich domów na nocleg przez Hostów. Bez tych uczynków całe przedsięwzięcie szybko by upadło. Jednak Duch Święty działa i czuwa nad tym pieknym dziełm Braci i młodych ludzi. Mam nadzieję, że nigdy ono nie upadnie.

Chwała Panu!

 

Wojek, 18 lat

Lednica 2

Nie jest łatwo wyjść do drugiego człowieka i mówić mu o Bogu. Nie jest łatwo, naprawdę. Nie jest łatwo się otworzyć i zaufać, a jednocześnie się uodpornić na „hejty” wobec Kościoła. Nie jest łatwo podzielić się z drugim człowiekiem tym, co jest dla mnie samej najtrudniejsze. Służba Ewangelizacyjna podczas tegorocznej Lednicy pokazała mi, że jest to jednak ważne i potrzebne. Nie tylko światu, nie tylko jakimś obcym osobom, ale przede wszystkim mnie samej.
To nie pierwsze Spotkanie Lednickie, na którym byłam. Pierwsze jednak, w które włączyłam się nie tylko jako uczestnik. Ewangelizacja to jest coś, o czym marzyłam od dawna, co zawsze wydawało mi się straszną „frajdą” i co chciałam robić. Byłam świadoma, że nie jest to łatwe, dlatego formowałam się powoli na rekolekcjach specjalistycznych, bo chciałam, aby ewangelizacja stała się wkrótce moim radosnym, pięknym stylem życia.
Lednica miała być sprawdzianem wszystkiego, czego o dzieleniu Ewangelią dowiedziałam się dotychczas. Trzeciego czerwca z ciut mniejszym entuzjazmem wyszłam na pole. Przecież na Spotkanie przyjeżdżają różni ludzie... a jeśli tylko ich „odechcę” od poznania Boga? Jeśli nie jestem taka super jak mi się wydaje i nie dam rady? – nękały mnie różne myśli. Wtedy nie wiedziałam, że to szatan mnie straszy. Na domiar złego moim partnerem ewangelizacyjnym (głosić Dobrą Nowinę się chodzi w dwie osoby) była osoba, z którą nie chciałam spędzać całego dnia. O ile wcześniej nie mogłam się doczekać ewangelizacji, wówczas jej nie chciałam bardzo, bardzo.
Pamiętałam jednak o modlitwie do Ducha. I On do mnie przyszedł, jak prosiłam. Dał mi odwagę i łatwość w zdobywaniu kontaktu z ludźmi. W niektórych momentach moja towarzyszka się dziwiła, że mówię takie mądre rzeczy. A ja na to, że to nie ja mówię. To Duch Święty mówi przeze mnie – jestem tylko przekaźnikiem tego, co Bóg mówi danemu uczestnikowi Spotkania. Tak – byłam linią telefoniczną na połączeniu Bóg – człowiek. I to było niesamowite.
Tego dnia doświadczyłam wszechmocy Boga oraz Boga w drugim człowieku. Poprzez poznanie historii współtowarzyszki, nabrałam pokory. Wcześniej oceniałam samo zachowanie, nawet nie myślałam, z czego ono wynika. Po Lednicy wychodzę z miłością do każdego, jak uczy Jezus.
Na koniec zachęcę każdego, aby się nie bał. A nawet jeśli się boi, to żeby się modlił, a Bóg da odwagę. Ewangelizacja nie jest łatwym zadaniem, ale jest to obowiązek każdego chrześcijanina – dzielić się Bogiem. To tak jakby widzieć kogoś nieprzytomnego i nie udzielić mu pomocy. A wspaniałym doświadczeniem jest odchodzić po zakończonej rozmowie od dziewczyn, które trafiły na Spotkanie Lednickie same nie wiedząc dlaczego, a teraz wstają i idą się wyspowiadać – pierwszy raz od dawna.
Coś niesamowitego – Bóg jest naprawdę wielki. Nie bój się Mu zaufać!

Chwała Panu!

Ania. 16 lat

Page 1 of 2