droga

Piątkowa noc w sosnowym lesie. W koronach drzew szumi wczesnowiosenny wiatr. Gdzieś między konarami można dostrzec piękne, rozgwieżdżone niebo. Co jakiś czas tę naturalną harmonię zakłócają kroki samotnie wędrujących po błotnistej ścieżce ludzi. Byłem pośród nich także i ja. Sam. Chciałem poczuć się chociaż w jednym procencie tak, jak Chrystus idący na Golgotę. Odczuć ten ból i samotność, jaka towarzyszyła również i Jemu. On nie miał nikogo obok siebie skorego do pomocy. Nawet Szymon Cyrenejczyk był do niej zmuszony. Jezus szedł sam. Na śmierć. Jak to musi być zatrważające, gdy jesteś świadomy tego, że zaraz zakończy się twoje życie. I to jeszcze w ogromnych męczarniach.
Takie refleksje przychodziły mi do głowy podczas kolejnej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Każdorazowe uczestnictwo w tym duchowym i fizycznym wyzwaniu jest moim osobistym cudem. Dzięki gorliwej modlitwie do Boga za pośrednictwem różańca pokonuję swoją własną słabość, jaką jest płaskostopia i ogromny ból z nią związany, gdy pokonuję duży dystans na piechotę. Na co dzień, już po dłuższym spacerze odczuwam swoją wadę. Niemniej, gdy przychodzi czas EDK, Jezus pozwala mi pokonać długą drogę bez większych trudności. W tym roku, gdy tylko skończyłem modlitwę, poczułem, że mój umysł "tonie". Od razu odczułem zniechęcenie i lęk, bo znajdowałem się w pośrodku ciemnego i wilgotnego lasu. W tym momencie przypomniał mi się fragment Ewangelii, gdzie podczas burzy Jezus chodził po jeziorze. Gdy tylko św. Piotr zląkł się, idąc po tafli zbiornika do Chrystusa, zaczął tonąć. Odpowiedział mu wtedy Jezus: «Czemu zwątpiłeś, małej wiary?» (Mt, 14,31). Po krótkim namyśle chwyciłem za różaniec i zacząłem kolejną modlitwę. Między każdymi stacjami Drogi Krzyżowej starałem się rozmawiać z Panem tak długo, jak tylko byłem w stanie. Ta więź sprawiała, że mogłem poruszać się do przodu.
Boże. Dziękuję Ci, że pozwalasz mi pokonywać własne słabości i zabierasz mi swoje lęki poprzez rozmowę z Tobą.

 

Chwała Panu!

Wojtek, 18 lat

 

Taize Bazylea 201

Co roku, w okresie bożonarodzeniwym odbywa się Europejskie Spotkanie Młodych, które jest organizowane przez Braci z Taize. W jedno miejsce przybywa wtedy młodzież chrześcijańska z całej Europy: katolicy, luteranie, kalwiniści, zielonoświątkowcy, a nawet prawosławni. Mnogość kultur, odmiennych spostrzeżeń i języków potrawi naprawdę wprawić w zawrót głowy! Mimo różnic, tych wszystkich młodych łączą dwie rzeczy: chrzest i wiara w Jezusa Chrystusa.
W tym roku spotkanie młodych miało miejsce w Bazylei - w mieście, które jest położone w trzech różnych krajach: Francji, Niemczech i Szwajcarii. Sytuacja ta szczególnie akcentowała piękno różnorodności chrześcijan. Każdego wieczoru w jednej z wynajętych hal widowiskowych ma miejsce wspólna modlitwa. Jest ona zaplanowana w taki sposób, aby w niej podkreślić to co łączy wszystkich chrześcijan, a nie to co dzieli. Poszczególne jej fragmenty wybrzmiewały w przeróżnych językach, a piękno całego wydarzenia dopełniała niesamowita oprawa muzyczna. Pewnego wieczoru siedząc na trybunach jednej z hal natchneła mnie mysl, że mimo naszej odmienności kultorowej, historycznej i obyczajowej wszyscy zmierzamy do Niego. Mimo tych granic zarówno fizycznych jak i mentalnych, tutaj w Bazylei pomagamy sobie w codziennych rzeczach spoglądając na innych właśnie przez tą Boską miłość. Ta prostota serwowana przez Braci z Taize ukazuje piękno i zarazem prostotę miłości oraz wzajemnego braterstwa jakiej uczy Jezus w Ewangelii.
Braterstwo i prostota miłości podczas Taize objawia się w zarówno małych jak i w wielkich rzeczach. W małych jak np. codzienny wolonariat podczas wydawania posiłków lub organizacji modlitw oraz duzych jak przyjęcie młodych do swoich domów na nocleg przez Hostów. Bez tych uczynków całe przedsięwzięcie szybko by upadło. Jednak Duch Święty działa i czuwa nad tym pieknym dziełm Braci i młodych ludzi. Mam nadzieję, że nigdy ono nie upadnie.

Chwała Panu!

 

Wojek, 18 lat

Lednica 2

Nie jest łatwo wyjść do drugiego człowieka i mówić mu o Bogu. Nie jest łatwo, naprawdę. Nie jest łatwo się otworzyć i zaufać, a jednocześnie się uodpornić na „hejty” wobec Kościoła. Nie jest łatwo podzielić się z drugim człowiekiem tym, co jest dla mnie samej najtrudniejsze. Służba Ewangelizacyjna podczas tegorocznej Lednicy pokazała mi, że jest to jednak ważne i potrzebne. Nie tylko światu, nie tylko jakimś obcym osobom, ale przede wszystkim mnie samej.
To nie pierwsze Spotkanie Lednickie, na którym byłam. Pierwsze jednak, w które włączyłam się nie tylko jako uczestnik. Ewangelizacja to jest coś, o czym marzyłam od dawna, co zawsze wydawało mi się straszną „frajdą” i co chciałam robić. Byłam świadoma, że nie jest to łatwe, dlatego formowałam się powoli na rekolekcjach specjalistycznych, bo chciałam, aby ewangelizacja stała się wkrótce moim radosnym, pięknym stylem życia.
Lednica miała być sprawdzianem wszystkiego, czego o dzieleniu Ewangelią dowiedziałam się dotychczas. Trzeciego czerwca z ciut mniejszym entuzjazmem wyszłam na pole. Przecież na Spotkanie przyjeżdżają różni ludzie... a jeśli tylko ich „odechcę” od poznania Boga? Jeśli nie jestem taka super jak mi się wydaje i nie dam rady? – nękały mnie różne myśli. Wtedy nie wiedziałam, że to szatan mnie straszy. Na domiar złego moim partnerem ewangelizacyjnym (głosić Dobrą Nowinę się chodzi w dwie osoby) była osoba, z którą nie chciałam spędzać całego dnia. O ile wcześniej nie mogłam się doczekać ewangelizacji, wówczas jej nie chciałam bardzo, bardzo.
Pamiętałam jednak o modlitwie do Ducha. I On do mnie przyszedł, jak prosiłam. Dał mi odwagę i łatwość w zdobywaniu kontaktu z ludźmi. W niektórych momentach moja towarzyszka się dziwiła, że mówię takie mądre rzeczy. A ja na to, że to nie ja mówię. To Duch Święty mówi przeze mnie – jestem tylko przekaźnikiem tego, co Bóg mówi danemu uczestnikowi Spotkania. Tak – byłam linią telefoniczną na połączeniu Bóg – człowiek. I to było niesamowite.
Tego dnia doświadczyłam wszechmocy Boga oraz Boga w drugim człowieku. Poprzez poznanie historii współtowarzyszki, nabrałam pokory. Wcześniej oceniałam samo zachowanie, nawet nie myślałam, z czego ono wynika. Po Lednicy wychodzę z miłością do każdego, jak uczy Jezus.
Na koniec zachęcę każdego, aby się nie bał. A nawet jeśli się boi, to żeby się modlił, a Bóg da odwagę. Ewangelizacja nie jest łatwym zadaniem, ale jest to obowiązek każdego chrześcijanina – dzielić się Bogiem. To tak jakby widzieć kogoś nieprzytomnego i nie udzielić mu pomocy. A wspaniałym doświadczeniem jest odchodzić po zakończonej rozmowie od dziewczyn, które trafiły na Spotkanie Lednickie same nie wiedząc dlaczego, a teraz wstają i idą się wyspowiadać – pierwszy raz od dawna.
Coś niesamowitego – Bóg jest naprawdę wielki. Nie bój się Mu zaufać!

Chwała Panu!

Ania. 16 lat

Lednica 2017 1 of 1

Podczas tegorocznego spotkania młodych na Polach Lednickich miałem możliwość służyć jako ewangelizator. Był to mój pierwszy raz kiedy brałem udział w takim właśnie przedsięwzięciu. Moja wiara w Ducha Świętego była wtedy jeszcze bardzo mała i trudno było mi uwierzyć w jego nieskończoną moc i dobroć...
Podczas naszej pracy, na skraju pola, wraz z moim współewangelizatorem zauważyliśmy grupkę ludzi modlących się nad dziewczyną przykutą do wózka inwalidzkiego. Podeszliśmy bliżej i stwierdziliśmy, że przyłączymy się do nich. Po krótkiej rozmowie z nią, wszyscy nałożyliśmy na jej ramiona swoje dłonie i prosiliśmy Ducha Świętego o to, aby ją uzdrowił. Cierpiała ona bowiem na porażenie czterokończynowe… W pewnym momencie zauważyłem, że jej ręka boryka się z mocną spastyką i z pewnością stanowi to dla niej duży dyskomfort. Zapytałem się, czy nie chciałaby abyśmy pomodlili się o uzdrowienie jej ręki. Podczas modlitwy kobieta wpadła w niesamowitą radość. Śmiała się z całych swoich sił. Po chwili zapytałem się o jej samopoczucie. Odparła, że w życiu nie czuła takiej ulgi i szczęścia. Poprosiłem aby powiedziała mi jak jej ręka i czy coś się zmieniło. Nagle, niespodziewanie złapała mnie zupełnie naturalnym ruchem za dłoń i ją uścisnęła. To było dla mnie tak niesamowite, że trudno było mi ukryć łzy ze wzruszenia… 
Do dziś nadziwić się nie mogę, jak Bóg jest dobry i jak mocno troszczy się o nas - swoje dzieci. Po tym wszystkim, co się stało na Lednicy mogę wreszcie powiedzieć: ON NAS NAPRAWDĘ KOCHA! BEZGRANICZNIE!

Chwała Panu!

Wojtek. 17 lat